http://wyborcza.pl/1,75248,10475308,Histeria_amerykanskich_bogaczy.html
Piotr Stasiński 2011-10-15, ostatnia aktualizacja 2011-10-15 00:14:50.0
"Panowie wszechświata z Wall Street" zdobyli ogromne majątki dzięki zawiłym operacjom finansowym, które zwykłym Amerykanom pożytku nie przyniosły, natomiast wepchnęły nas w kryzys zagrażający bytowi milionów ludzi - pisze wielki ekonomista Paul Krugman
Panikę, która ogarnęła amerykańskich plutokratów w reakcji na bunt z Wall Street, wyszydził w komentarzu dla "New York Timesa" (9 października) Paul Krugman, ekonomista, noblista, publicysta. Plutokratami nazywa superbogaczy, polityków republikańskich i komentatorów, którzy "służą interesom 0,01 proc. najzamożniejszych Amerykanów".Eric Cantor, przewodniczący większości republikańskiej w Izbie Reprezentantów, określił buntowników z Wall Street mianem "motłochu", który "szczuje Amerykanów przeciw Amerykanom".
Starający się o nominację prezydencką Republikanów Mitt Romney oskarżył ich o wszczynanie walki klas. A drugi kandydat prezydencki, Herman Cain, wzorem McCarthy'ego, nazwał ich postępowanie "antyamerykańskim". Krugman cytuje też aberracyjny zarzut senatora Randa Paula, że demonstranci będą konfiskować bogatym iPady, bo na nie nie zasługują.
Od gadających głów w telewizji CNBC można usłyszeć porównania z leninizmem. A burmistrz Michael Bloomberg, sam potężny finansista, bezsensownie oskarża ludzi protestujących przeciw bankierom o to, że usiłują "odebrać nowojorczykom miejsca pracy".
Bogaci Amerykanie, którzy świetnie prosperują dzięki systemowi "ustawionemu" pod ich korzyści - pisze Krugman - dostają szału, kiedy ktoś wskaże, jak bardzo ten system jest właśnie "ustawiony". Rok temu baronów finansowych rozwścieczyła łagodna krytyka prezydenta Obamy. Uznali go niemal za socjalistę, bo poparł "regułę Volckera" (byłego prezesa Fed, czyli banku centralnego USA), która zakazałaby wdawania się w ryzykowne spekulacje tym bankom, które korzystają z gwarancji rządowych.
Natomiast propozycję likwidacji ulg i kruczków pozwalających najbogatszym płacić wyjątkowo niskie podatki Stephen Schwarzman, prezes potężnego funduszu private equity Blackstone Group, porównał do najazdu Hitlera na Polskę.
"Panowie wszechświata z Wall Street" - pisze Krugman - w głębi duszy wiedzą, że ich postawa jest moralnie nie do obrony. Zdobyli ogromne majątki dzięki zawiłym operacjom finansowym, które zwykłym Amerykanom pożytku nie przyniosły, natomiast wepchnęły nas w kryzys zagrażający bytowi milionów ludzi.
I uszło im to płazem. Ich firmy zostały wyratowane za pieniądze podatników, bez szczególnych obwarowań. Wciąż korzystają z rozmaitych gwarancji państwowych. Nadal cieszą się przywilejami, które pozwalają im płacić podatki od wielomilionowych dochodów według stawek niższych niż stawki dla rodzin z klasy średniej.
Specjalne traktowanie bogaczy wymaga ostrej, krytycznej analizy. I temu właśnie potentaci się sprzeciwiają; każdego, kto się jej domaga, demonizują i piętnują. To nie buntownicy z Wall Street są antyamerykańscy, oni chcą po prostu, by ich wysłuchano - konkluduje Krugman. Prawdziwymi ekstremistami są oligarchowie Ameryki, którzy próbują zdusić wszelką krytykę i dociekanie źródeł ich bogactwa.
http://wyborcza.pl/1,75248,10475309,Premie__ktore_wstrzasnely_swiatem.html
Premie, które wstrząsnęły światem
ToP 2011-10-15, ostatnia aktualizacja 2011-10-15 00:18:05.0
Dopóki na giełdach panowała szalona hossa rozpoczęta po wygranej wojnie z Irakiem w 2003 r., dopóty gigantyczne premie, wystawny styl życia i zadufanie w sobie uchodziły bankierom z Wall Street na sucho
Według serwisu Networkworld.com w 2007 r. szefowie 11 największych banków zainkasowali 234 mln dol. Gdy rozpoczął się kryzys finansowy, na jaw zaczęły wychodzić historie, od których włosy stawały dęba. Bank inwestycyjny Bear Stearns został w ostatniej chwili ocalony przed bankructwem dzięki przejęciu przez konkurenta JP Morgan z pomocą amerykańskiego banku centralnego Fed. Rzesze pracowników Bear Stearns trafiły na bruk, ale sam prezes James Cayne miał już zabezpieczone dostatnie życie, bo tylko w roku poprzedzającym przejęcie zarobił przeszło 38 mln dol. Gdy jego bank był na krawędzi upadku, nie można było się z nim skontaktować, bo oddawał się właśnie ulubionej grze w brydża, która wymaga koncentracji, i... nie zabrał telefonu.
Do historii przeszedł Richard Fuld, prezes upadłego legendarnego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Długo ukrywał on tragiczną sytuację finansową banku i pozbywał się pracowników, którzy ośmielili się mówić o zagrożeniach. Zanim bank padł, Fuld dostał za 2007 r. 34 mln dol. pensji. "Financial Times" napisał, że Fuld stał się "synonimem pychy, braku kompetencji, arogancji i pospolitej głupoty".
Podczas przesłuchania w Kongresie kongresman Henry Waxman pytał publicznie prezesa Fulda: "Czy to w porządku, by prezes firmy, która właśnie padła, dostał w ostatnich dziesięciu latach prawie pół miliarda dolarów pensji?". Fuld wyjaśnił, że zarobił mniej, bo jedynie "między 250 a 350 mln".
Po upadku Lehmana rząd USA musiał wydać setki miliardów dolarów na nacjonalizacje banków i innych instytucji finansowych, które były napakowane po sufit bezwartościowymi obligacjami zabezpieczonymi nieruchomościami, których ceny poleciały na łeb na szyję.
W ten sposób rząd stał się właścicielem największej firmy ubezpieczeniowej AIG. Kilka dni po jej uratowaniu za pieniądze z kieszeni podatników menedżerowi spółki urządzili sobie tygodniową imprezę za 400 tys. dol. z kasy AIG. Była zaplanowana wcześniej i jej nie odwołano. W kalifornijskim spa mieszkali w pokojach po tysiąc dolarów za noc, a w restauracji wydali 150 tys. dol. Szokowały nie tylko pensje, ale i gigantyczne odprawy wypłacane najwyższej rangi menedżerom.
Były dyrektor generalny AIG Martin Sullivan na kilka miesięcy przed pogrążeniem się firmy otrzymał kontrakt przewidujący 15 mln dol. odprawy. Na biurko Fulda w Lehmanie na kilka dni przed bankructwem trafiła prośba o 20 mln dol. odprawy dla trzech wysokich dyrektorów banku.
http://wyborcza.pl/1,75248,10475306,Wirus_Wall_Street.html
Wirus Wall Street
Mariusz Zawadzki, Waszyngton 2011-10-15, ostatnia aktualizacja 2011-10-15 00:11:53.0
Czy młodzi wywrócą świat do góry nogami? "Okupanci" Wall Street trzymają się mocno, a dziś na całym świecie mają się odbyć marsze i happeningi przeciwko "niesprawiedliwemu systemowi"
Protest w Nowym Jorku trwa od 17 września i rozprzestrzenił się na całą Amerykę. Zaczęło się od niewielkiego happeningu pod hasłem: "Okupuj Wall Street!", w parku Zuccotti, niedaleko siedziby nowojorskiej giełdy.
Dziś już tysiące młodych w dziesiątkach miast USA demonstrują przeciwko skostniałemu, niepisanemu układowi świata finansjery z Wall Street z politykami w Waszyngtonie, który sprawia, że w Ameryce bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni - coraz biedniejsi.
Jeszcze kilka dni temu burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg zapewniał, że demonstranci mogą sobie "okupować" park, jak długo im się podoba, o ile nie naruszają porządku publicznego. Bloomberg zachowuje się niezwykle powściągliwie, ponieważ sam jest miliarderem i łatwo mógłby zostać posądzony o stronniczość.
Jednak w czwartek firma Brookfield Properties, która jest właścicielem Zuccotti, ogłosiła, że w piątek w nocy zamierza tam przeprowadzić generalne sprzątanie. Dlatego "okupanci" muszą park opuścić. Buntownicy, którzy od tygodni koczują pod gołym niebem, uznali, że to podstęp, który ma zakończyć protest. Szybko zorganizowali szczotki i wiadra i sami przez kilka godzin sprzątali Zuccotti. Jednocześnie rozesłali wici w internecie, wzywając do wzmocnienia szeregów demonstrantów.
Wokół parku zbierała się jednak policja i sprawa wyglądała niewesoło. W środku nocy z czwartku na piątek zastępca Bloomberga Cas Holloway niespodziewanie wydał oświadczenie: "Otrzymaliśmy właśnie informację od właścicieli parku Zuccotti, że odkładają planowane na piątek sprzątanie parku i wycofują swoją prośbę do policji, aby asystowała przy tej operacji. Brookfield Properties wyraża nadzieję, że uda się wypracować z protestującymi porozumienie, które zagwarantuje, że park będzie czysty, bezpieczny i dostępny dla szerszej publiczności".
Buntownicy często są oskarżani o to, że nie mają żadnego pomysłu na zmienienie Ameryki. - To fakt, że nie znamy odpowiedzi, ale stawiamy bardzo dużo ważnych pytań. I poczekamy w tym parku, aż ktoś udzieli nam odpowiedzi - mówił mi uczestnik bliźniaczego happeningu w waszyngtońskim parku McFarlanda niedaleko Białego Domu.
W Waszyngtonie, Nowym Jorku czy San Francisco wypisane są na transparentach te same hasła: "Należę do 99 proc. biedaków, nie stać mnie na lobbystę w Kongresie!" albo "Wykupujcie długi studentów, a nie bankierów!".
To drugie odnosi się do kryzysu sprzed kilku lat, który groził upadkiem wielkich amerykańskich banków. W pogoni za zyskiem dawały one kredyty mieszkaniowe nawet bezrobotnym, a potem handlowały derywatami hipotecznymi, czyli papierami pochodnymi od tych kredytów. Kiedy zawalił się rynek nieruchomości, rząd USA pożyczył bankom ponad 700 mld dolarów, żeby wyciągnąć je z opresji.
Studenci, którzy przez kilka lat biorą pożyczki, żeby mieć na czesne i zdobyć dyplom, nie mogą liczyć na podobną szczodrość. Wchodzą w dorosłe życie z długiem rzędu kilkudziesięciu tysięcy dolarów lub więcej. Co gorsza, miewają problemy ze znalezieniem pracy, bo bezrobocie wśród dwudziestolatków wynosi 18 proc. (dwa razy więcej niż średnia krajowa).
Doraźne wyratowanie banków otworzyło wielu Amerykanom oczy na zupełnie inny, niezwiązany z kryzysem proces społeczny. Poziom nierówności społecznych rośnie w Ameryce od 40 lat i jest dziś dokładnie taki jak tuż przed wybuchem Wielkiego Kryzysu w 1929 roku. 400 najbogatszych Amerykanów z listy miesięcznika "Forbes" zgromadziło takie majątki co 60 proc. najmniej zamożnych obywateli USA (czyli prawie 200 mln ludzi). W latach 2002-07 ten 1 proc. najbogatszych pomnażał majątki w tempie 10 proc. rocznie, a pozostałe 99 proc. - w tempie 1,3 proc. Badania pokazują też, że szanse awansu z niższej do wyższej grupy społecznej są dziś w Ameryce gorsze niż w wielu krajach Europy czy Kanadzie.
Mit o pucybucie, który - jeśli tylko wykaże się pracowitością i zdolnościami - może zostać milionerem, jest już tylko mitem. Do tej pory jednak Amerykanie nie zdawali sobie z tego sprawy.
Być może ruch Occupy Wall Street jest pierwszym sygnałem przebudzenia z "amerykańskiego snu". Obecny kryzys bardzo takie przebudzenie ułatwił, ponieważ jest znacznie głębszy, niż wskazują najczęściej podawane statystyki. Jeśli np. spojrzeć na bezrobocie, to za prezydenta Obamy wzrosło ono minimalnie - z 7,5 do 9 proc. Ale liczba tych, którzy nie mają pracy przynajmniej pół roku, wzrosła z 2,5 do 6 mln! Oznacza to, że zdesperowanych lub zrezygnowanych Amerykanów jest kilka milionów więcej (i prędzej czy później musieli wyjść na ulice).
"Okupantów" z Wall Street entuzjastycznie poparły środowiska radykalnej lewicy, które uważały dwa-trzy lata temu, że kryzys jest wielką szansą, żeby gruntownie zmienić Amerykę - tak jak całkowicie zmienił ją prezydent Franklin Delano Roosevelt po kryzysie 1929-33 r. Jednak ku rozpaczy radykałów Obama nie okazał się prezydentem na miarę Roosevelta. Ich zdaniem zmarnował okazję, jaka zdarza się raz na kilka pokoleń - mógł pozwolić na bankructwa banków i zbudować lepszą, sprawiedliwszą Amerykę.
Occupy Wall Street wydaje się niektórym drugą wielką okazją na zmianę, dlatego do parku Zuccotti pielgrzymują ikony radykalnej lewicy, takie jak Naomi Klein czy Slavoj Žižek.
Lewica ma nadzieję, że wirus Wall Street rozprzestrzeni się na cały świat. W sobotę demonstracje pod hasłem: "Zjednoczeni dla globalnej zmiany", zapowiadane są m.in. w kilkuset miastach na kilku kontynentach: w Madrycie (gdzie młodzi demonstrowali już wiosną), w Rzymie, Toronto, Hongkongu i nawet w Warszawie. Manifestacja zacznie się w samo południe przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego i przejdzie pod Ministerstwem Finansów, NBP, giełdą i biurem Komisji Europejskiej.
Friday, October 14, 2011
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment